sobota, 22 maja 2010

F R A N C J A : dzień 1(środa) - powitanie, zwiedzanie szkoły, wycieczka po Tour.

Z wymiany z Francja wróciłam w czwartek wieczorem. Strasznie zmęczona całodniowym zwiedzaniem Paryża i 24h jazdą w autobusie, ale szczęśliwa z całym bagażem nowych przeżyć, odczuć, doświadczeń i zdjęć!

Do Francji przyjechaliśmy we wtorek wieczorem. Z pod szkoły odebrała mnie mama mojej korespondentki. Przyjechałam na miejsce. Anais mieszka w Ballon Mire - niedużym miasteczku niedaleko szkoły, w tak jak by kilku rodzinnym domu, blok to nie jest ( bo go nie przypomina) bardziej dom w którym jest kilka mieszkań. Nie wiem jak takie coś nazwać :).
W tym dniu na kolację zjedliśmy, jak mówili, tradycyjne portugalskie danie. (jej mama pochodzi z Portugalii) Była to zapiekanka z ziemniaków i sera bodajże (ale nie jestem pewna)

ŚRODA
W tym dniu zostaliśmy oficjalnie powitani.
Najpierw odbyło się kilka prezentacji z informacjami o Francji, ich regionie, systemie szkolnictwa i jedzeniu.
Później wybraliśmy się na wycieczkę po, nie powiem, imponującej szkole.
I na zewnątrz.
Koło szkoły mają salę wielkości normalnej sali gimnastycznej tylko ze stołami do ping-ponga.
Ale oczywiście zwykłą salę, a raczej h a l ę sportową też mają.
A to już jest stołówka. Ogromna (jednym słowem). Po jedzenie podchodzi się z takimi tackami i bierze z półek co się chce, dokładnie jak na filmach w amerykańskich szkołach. :) Francuzi mają specjalną dwugodzinną przerwę koło 13h przeznaczoną tylko na posiłek.
My zjedliśmy tu obiad.
Po obiedzie wybraliśmy się na wycieczkę po Tour. Miasta położonego nie daleko miejscowości gdzie znajdowała się szkoło. Jednego z największych w tym regionie (Francja jest podzielona na regiony, można to porównać do naszych województw, z kolei regiony dzielą się na departamenty) my byliśmy w regionie centralnym.
Niestety nie mogę sobie przypomnieć jak to katedra się nazywała.
Odrestaurowany kawałek budynku. (widać różnicę)
Dalsza cześć wycieczki...
Na tych poduszkach mają stawać zakochani. :)
A tu jedno z jedno z wielu zdjęć z 'sesji w lustrze'. (hah, mam chyba zdjęcie w każdej łazience :D)

Wieczorem poszliśmy całą rodziną do restauracji, ceny były przystępne ale nie takie na które ja osobiście mogłabym sobie pozwolić a musiałam zważać, że to oni za mnie płacili. Więc zamówiłam tylko lody. Pan, który okazał się być anglikiem (miał świetny akcent) tłumaczył mi bardziej skomplikowane nazwy w karcie. :)

Po 'kolacji' jej tata podwiózł nas na nie wielkie powitalne party. Nie zabawiłyśmy tam długo, bo szczerze mówiąc nie było tam nic nadzwyczajnego, a muzyka też nie była do końca dobra (ciągle się powtarzały te same utwory), moja korespondentka się nudziła  więc półtorej godziny później pojechałyśmy do domu.

Tak spędziłam mój pierwszy dzień we Francji. W czwartek był dzień wolny, który spędzaliśmy w rodzinach. Ale o tym będzie w następnym poście. :)

3 komentarze:

  1. śliczne zdjęcia, nie mogę się doczekać kolejnego "odcinka" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczne zdjęcia ;)
    Wszystko skojarzyło mi się z wymianą do Niemiec, gdzie w szkole było identycznie ;p

    OdpowiedzUsuń